public forum
home forum magazine gallery links about faq courtesy
It is currently Fri Dec 19, 2014 5:35 pm

All times are UTC - 7 hours [ DST ]




Post new topic Reply to topic  [ 10 posts ] 
Author Message
 Post subject: Lublin Festival 2009 - Reviews in Polish
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:01 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
„Chaos kontrolowany”

O Compagnie DRIFT przeczytać można, że to specjaliści „w odkrywaniu absurdów dnia codziennego”, którzy w swoich spektaklach budują świat na wpół realistyczny, a na wpół surrealistyczny”. Czy spektakl „Pod niebieską świnią” potwierdził przytoczone opinie?

Cóż w ogóle znaczy DRIFT? Z angielskiego drift to bród, zaspa śnieżna, prąd albo... stado świń. Ostatnie znaczenie słowa od razu nasuwa skojarzenie z tytułem spektaklu szwajcarskiego teatru. „Pod niebieską świnią” to nazwa lokalu – miejsca spotkań młodych ludzi. Tylko że świat ludzi od początku przenika się tu ze światem zwierząt, świat umysłu ze światem instynktów. Tytuł widowiska jest dla całego spektaklu kluczowy – sugeruje ową dwojakość bytu, funkcjonowania (klub to miejsce spotkań ludzi, nawiązywania kontaktów międzyludzkich, w nazwie zaś użyte zostaje określenie gatunku zwierzęcia), a także, charakterystyczną dla DRIFTu absurdalność. Bo widział kto kiedy niebieską świnię? Te dwie, od początku zauważalne domeny kompozycyjne rozwijane są konsekwentnie w poszczególnych „obrazach” spektaklu, na każdej płaszczyźnie – scenograficznej, fabularnej, na płaszczyźnie gry aktorskiej.

Jak realizuje się zatem absurd, surrealność i dwojakość natury ludzkiej w „niebieskiej świni”?
Na wyposażenie lokalu, w którym dzieje się akcja, składa się prowizoryczny bar i, zbudowana z metalowych prętów, konstrukcja na kształt tarasu, mini-pomieszczenia. To naturalne elementy każdego podobnego miejsca. Jednak nic nie przykuwa uwagi widza tak, jak futrzane igloo w rogu sceny, z którego dobywa się jaskrawe, czerwone światło. Zupełnie niedorzeczny komponent przestrzeni, nasuwający jednak skojarzenia zoologiczne (futerko niedźwiedzia polarnego). Podobnie jest z wykorzystanym w scenografii porożem.

Obraz na rzutniku – Azjata „dzierżący” na głowie ogromne zajęcze uszy (kolejne, ledwo dostrzegalne, odniesienie do zwierzęcości), szeroko uśmiechnięty opowiada o czymś w swoim rodowitym języku. Slajdy wywołują wśród publiczności salwę śmiechu poprzez swoją uroczą absurdalność. Tak, jak zachowanie trzech młodych aktorów, którzy jako pierwsi pojawili się na scenie. Wykonują serię ruchów, gestów, przypominających zachowania zwierząt – monotonne, automatyczne czynności. Mają pewną wspólną prymitywność, która różnie się przejawia – jeden z nich gada od rzeczy, nachalnie nagabuje biednego Jąkałę. Ten znów, mechanicznie, jak papuga, potrafi powtórzyć jedynie trzy podstawowe słowa. Trzeci zaś nie mówi nic. Drapie się za uchem, porusza językiem w ustach i przygląda się dwóm pozostałym bohaterom. Jest więc pewna granica, która oddziela to, co ludzkie od tego, co prymitywne, zwierzęce. Tak jest już przez cały spektakl. Szóstka aktorów doświadcza nieustannych metamorfoz. Raz funkcjonują jako grupa, społeczność, jednostki, osoby; mówią o zwykłych sytuacjach, jak kurs komunikacji interpersonalnej, czy obecność włosów na nogach. Wtedy ruch sceniczny, choreografia oparta jest na współpracy aktorów – układy grupowe, duety synchroniczne, pary w tangu. Doskonała precyzja w wykonaniu, pełna ciekawych rozwiązań (zaplątani wzajemnie o własne ręce mężczyźni próbują nieporadnie i bezskutecznie uwolnić się z tej niekomfortowej bliskości). Innym razem bohaterowie odchodzą od swej człowieczej formy i wchodzą w rolę zwierząt, albo przynajmniej pół-ludzi. Wtedy funkcjonują i poruszają się po scenie sami. Ich ruch, gestykulacja, stają się powtarzalne, automatyczne i instynktowne.

Na uwagę zasługuje też kwestia relacji damsko-męskich obecnych w spektaklu. Schemat relacji przeniesiony został także ze świata zwierząt (to tam w wielu przypadkach naturalnym jest, że dominującą postacią w związku jest samica, nie samiec. Kobieta zaś najczęściej bywa spolegliwa w stosunku do mężczyzny) i nałożony na relacje ludzkie.

Istnieje wyraźna dwoistość rzeczywistości, świata przedstawionego i natury człowieka. Problem polega na tym, że relacje międzyludzkie wcale nie są mniej prymitywne od tych „zoologicznych”. Panuje w nich ciągły chaos. Jeśli widz ma wszystkich aktorów w polu widzenia, jest w stanie ogarnąć, co choreograficznie dzieje się na scenie, to zamieszanie rodzi się na polu tekstowym. Każdy z bohaterów snuje swoją wypowiedź jednocześnie: mogą to być słowa, zdania, jęki, śpiew, cicha, głośna artykulacja, powtarzana wciąż fraza, lub potok słów.
Bardzo sprytnie przemyślany chaos, „chaos kontrolowany”. Twórcom spektaklu należą się wielkie brawa, bo, wbrew pozorom, zaplanowanie zamieszania - czytelnego zamieszania - jest sprawą niezmiernie trudną. Tu zrealizowaną niesamowicie, sądząc po reakcji publiczności, która śmieje się do łez, chwilę potem czuje zmęczenie i lekkie zirytowanie. Jedynie lekkie, bo ten sceniczny nieporządek jest czarujący. Czasem nawet do tego stopnia, że hipnotyzuje.
Cykliczność pewnych ruchów, spotęgowana jednostajnymi, trzeszczącymi i szeleszczącymi dźwiękami doprowadza widza niemalże do nieprzytomności po to, aby zaraz wybudzić go ze stagnacji czymś abstrakcyjnie zabawnym i szokującym: solowym wykonaniem „The winner takes it all”, czy odgłosem przestawianych kości.

W widowisku DRIFTu to chyba dźwięki odgrywają większą rolę niż tradycyjnie rozumiana muzyka. Ta - melodyjna i rytmiczna - pojawia się rzadko. Dominują odgłosy, czy instrumenty nieharmoniczne, które stanowią tło. To nie choreografia podporządkowana jest muzyce, a muzyka temu, co dzieje się na scenie. Mimo tego ruch pociąga, nie nudzi, jest intrygujący, dynamiczny, potrafi wywołać w publiczności ogromne emocje. To wielkie dokonanie Compagnie DRIFT.

Tak to, z pozoru chaotyczne, widowisko okazuje się być bardzo misternie skonstruowaną całością. Brak przypadkowych scen, przypadkowych rekwizytów. Realizacja założeń przebiega na wszystkich płaszczyznach i jest wyraźnie dostrzegalna. Absurdalna forma niesie ze sobą konkretną puentę – człowiek uwikłany jest w swoją ambiwalentną naturę. Nie jest w stanie uwolnić się od instynktów. Pozornie przemyślane relacje interpersonalne są niekiedy całkiem prymitywne, nieporadne i nielogiczne. Wymowa spektaklu nie ma jednak nic z pesymizmu. Taki stan rzeczy jest bowiem naturalny, w swej surrealności – naturalny. I ta naturalność ma swój niewątpliwy urok.

Amelia Zgierska


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:06 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Na brzegu sceny siadłam i patrzyłam, czyli Amator vs 13. MSTT.

Co robi amator na 13. Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca? Chłonie. Chłonie otoczenie, atmosferę, ludzi, ich ubrania i gesty. Nawet te śmieszne, przybierane pozy wielkich mędrców są dla niego interesujące. Nagle otwiera się przed nim świat nowych doznań: obcowanie ze sztuką i współtworzenie tej atmosfery intelektualnego poruszenia. Kto by pomyślał, że będę mogła siąść przy jednym stoliku z artystami ze Szwajcarii i spróbować zamienić z nimi chociaż kilka słów?!

I sztuki też są nowe - przyznaję się bez bicia, że jako amatorka, nie wiem o teatrze tańca prawie nic. Jedyne, co mam do zaoferowania, to bycie wdzięcznym odbiorcą, wyposażonym w otwarty umysł, a przede wszystkim duszę.

I właśnie tą moją duszyczką chłonęłam spektakl pt. „Czerwona trawa”. Szczególnie poddałam się magii jednej z aktorek - Uli Zerek, która obezwładniła mnie swoim wdziękiem, uśmiechem, urokiem, kobiecością, lekkością…mogłabym tak rozpływać się nad nią bez końca! Szczerze mówiąc, to głównie na niej skupiałam swoją uwagę.

A jakie miałam miejsce! Na samym brzegu sceny! Dzięki temu byłam jeszcze bliżej emocji. No, może w pewnym momencie sztuki trochę żałowałam, ale spuszczę na to zasłonę milczenia.
Cały spektakl wzbudził we mnie lawinę różnych emocji: od sielanki, przez zniesmaczenie, stres, aż do zmęczenia. Mówiąc kolokwialnie: to był istny „dom wariatów”! Obawiałam się, co przyniesie każda kolejna minuta spektaklu, a już najbardziej wtedy, kiedy dwóch szalonych aktorów ruszyło w stronę publiczności. Zostało mi jedynie ciche: „Tylko nie podchodźcie, tylko nie podchodźcie!”

Zakończyłam mój festiwalowy dzień przygnieciona wielkim workiem absurdu, z którego wydobywała się miła dla ucha melodyjka ze spektaklu, stanowiąca lajtmotiv całej inscenizacji.

Podsumowując, uważam, że amator też człowiek i chociaż nie jest doskonały, to potrafi coś dostrzec.

Joanna Podgórska


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:10 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Na dobry początek

Zeszłoroczne Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca rozpoczynało przedstawienie „Po drugiej stronie rzeki” w choreografii Olgi Pony. Spektakl zbudowany był z wielkim rozmachem, zadziwiała nie tylko widowiskowa choreografia, ale i niebywałe umiejętności tancersko-akrobatyczne wykonawców.

W tym roku organizatorzy postanowili rozpocząć festiwal mniej brawurowo. Przedstawienie „Bliźniacy” węgiersko-francuskiej grupy Dance Company Pál Frenák to 45 minut tańca dwóch mężczyzn (Lászlo Major i Kristof Várnagy). Dodatkowo można zobaczyć też dwa niewielkie fragmenty, w których pojawia się trzecia postać – aktor (Dávid Fekete) animujący raz dużą, raz małą drewnianą kukłę. Trójka występujących to naprawdę niewiele w porównaniu z liczbą tancerzy z rosyjskiej grupy, toteż w stosunku do tegorocznego spektaklu rozpoczynającego festiwal oczekiwania były zupełnie inne. Kameralność, intymność scen i możliwość dokładniejszego skupienia się na działaniu poszczególnej postaci, to atuty przedstawień z mniejszą ilością aktorów.

Dwóch tancerzy odgrywających bliźniaków – ich twarze zakrywają jednakowe, ściśle opięte białe maski, co sprawia, że głowa swoją bielą kontrastuje z resztą ciała, staje się czymś nienaturalnym, nieludzkim. Jednakowy, składający się wyłącznie z czarnych bokserek strój i podobna postura tancerzy sprawiają, że rzeczywiście trudno ich od siebie odróżnić. Jeśli chodzi zaś o ruch, nie można powiedzieć, by u obydwu aktorów był taki sam. Przedstawienie rozpoczyna solowa jazda na rolkach jednego z bliźniaków. Zatacza kręgi, manewrując omija przeszkody. Po kilku okrążeniach sceny chowa się za kulisami, a na jego miejsce wyjeżdża drugi z „braci”. Biała podłoga przypomina lodowisko, po którym jak na łyżwach jeżdżą wkrótce obydwaj tancerze. Po krótkim czasie siadają na podłodze, i opierając się plecami o ustawioną z tyłu sceny niewielką ścianę zdejmują rolki. Muzycznym tłem dla tej sceny jest krzyk mew.
Artyści zaczynają taniec – początkowo równo, symetrycznie, po chwili oddalają się od siebie, każdy z nich tańczy osobno, by po pewnym czasie znowu wrócić do początkowego układu. Leżąc na podłodze splatają się nogami, przy pomocy rąk wprawiają się w ruch i kilkakrotnie przetaczają się razem po podłodze. Nie trwa to jednak długo, już po chwili ten związek dwóch ciał rozpada się, a postaci, które odzyskały swój pierwotny kształt toczą między sobą walkę. Nie ma tu jednak nic z brutalności, gesty w całym swym dynamizmie są łagodne, wyważone.
Kolejna scena to ucieczka, jeden z tancerzy goni drugiego, ten chroni się na drabince, prowadzącej do huśtawki zawieszonej pod sufitem. Powoli wdrapuje się po sznurkowych szczeblach jeden, a za chwilę drugi artysta. Gdy obydwaj znajdują się już na szczycie, konflikt zanika. Względy bezpieczeństwa przemawiają za tym, by na wysokości nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, toteż tancerze nie usiłują walczyć między sobą, a jedynie wykonują serię ruchów rękami i górną częścią ciała. Nie można oczekiwać wiele więcej od kogoś, kto siedzi na delikatnej huśtawce. Po kilku seriach tych wspólnych, wyważonych ruchów, obydwaj schodzą na ziemię, gdzie ponownie splatają się ciałami, ale tym razem nie tylko nogami a całymi ciałami. Toczą się po podłodze wirując jak jeden organizm, w którym rozróżnienie odrębnych postaci jest niemożliwe. Z dwóch ciał tworzą jedno, hybrydalnego stwora z ośmioma kończynami. Stwór kończy swą wirującą drogę przy ścianie, tancerze ustawiają się w kształcie wspólnie tworzonej litery X, po czym następuje krótka część symetrycznie wykonanego tańca przy ścianie.

W ruchu artystów zauważalne są elementy baletu klasycznego, do którego ćwiczenia rzecz jasna się przyznają. W rozmowie po spektaklu, zapytani o miejsce, jakie zajmuje grupa Pál Frenák we współczesnym tańcu węgierskim, artyści odpowiedzieli, że jest to miejsce szczególne. Jednym z wpływających na to czynników jest fakt, że grupa działa pomiędzy Węgrami, a Francją. Tancerze występujący w przedstawieniu „Bliźniacy” na Węgrzech odebrali klasyczne wykształcenie baletowe, ale ze względu na konserwatywność form tańca węgierskiego, współczesnych technik tanecznych uczyli się właśnie we Francji. Ponadto każdy z członków zespołu może dochodzić do swojej formy w sposób indywidualny, jedni robią to poprzez ćwiczenia jogi, inni wybierają zupełnie inna drogę. Dowolność w decydowaniu o sobie jest rzadka w grupach tanecznych. Spektakle, które tworzą nie są jednak polem do prezentacji indywidualnych ruchowych zainteresowań, a miejscem, gdzie energie taneczne każdego z osobna, łączą się w spójną choreograficznie całość.

„Bliźniacy” to przedstawienie, którego obecny kształt różni się od formy pierwotnej. Obecnie jest to występ usiłujący zobrazować trudne i zawikłane życie bliźniąt, początkowo zaś spektakl dotyczył samotności, której przełamanie następuje wraz z wymyśleniem sobie przyjaciela. Solowy uprzednio taniec przenikał się z częstym pojawianiem się na scenie kukły symbolizującej owego przyjaciela. Stopniowo jednak rola marionetki została ograniczona a do solisty dołączył drugi tancerz. Po rozbudowanej roli kukły pozostały tylko dwie sceny – jedna, w której aktor animuje dużą lalkę i druga, gdy stojąc na szczudłach porusza marionetką wielkości kilkuletniego dziecka. Krótkie te obrazy nie współgrają z całością przedstawienia zastanawiając widzów i sprawiając, że doszukują się w tych scenach znaczenia symbolicznego. Sami aktorzy tłumaczą pozostawienie tych scen w przedstawieniu właśnie jego początkową formą, która choć obecnie porzucona na rzecz nowej, odmiennej jakości, ciągle jest ważna i powinna być w jakiś sposób sygnalizowana widzom.

Podsumowując, nie można zarzucić organizatorom, że wybór przedstawienia inauguracyjnego był błędny. Może nie zobaczyliśmy tak wielu choreograficznych smaczków, co w zeszłym roku, na pewno „Bliźniacy” byli też mniej widowiskowym spektaklem niż ubiegłoroczny, ale z pewnością nie można mu odmówić umiejętności wzbudzenia w widzach odczuć estetycznych. Również treść, jaką ze sobą niesie, kwestie psychologiczne, tożsamościowe, skomplikowane relacje międzyludzkich, czyni go przedstawieniem, w którym forma współgra z treścią i skłania do myślenia poprzez poruszenie emocji tańcem. Taki spektakl na początku festiwalu może być dobrą prognozą całego wydarzenia.

Kaśka Plebańczyk


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:12 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Luźne refleksje na temat „Kata”

DoTheatre w spektaklu „Kat” przedstawia taneczną interpretację winy, kary i egzekucji.
„Hangman” to przedstawienie, które mnie oczarowało. Czwórka tancerzy (Evgeny Kozlov, Julia Tokareva, Alexander Bondarev, Irina Kozlova) przekazuje mądrą treść, ubierając ją w piękną i zabawną formę. I o owej formie słów kilka… Świetnym pomysłem jest wykorzystanie w scenografii gazet – nawet podczas dłuższych partii tańca, opartych na podobnej zasadzie, nie zdarzają się momenty nudne – cały czas coś się dzieje, dzięki szelestowi i „przyczepności” tych gazet.

Według mnie, najpiękniejszym momentem był taniec ze „świecącymi’ książkami.
Warto zwrócić uwagę na światło w całym przedstawieniu (dzieło Alexandra Bondareva) – niby zabawa, szturchanie lampy ot tak, a jednak mistrzostwo i cudowne wyczucie czasowe. Idealnie zgrani tancerze, czy to tańczący parami, czy całą czwórką, nie plączą się bezsensownie, każdy ich krok jest istotny i wnosi coś nowego.
Przez 70 minut spektaklu nie było momentu, w którym moja uwaga odbiegłaby, przynajmniej na chwilkę, od sceny.

„Kat” zawiera w sobie kilka pomysłowych „smaczków”, moim ulubionym jest scena w restauracji - jedzenie spaghetti (kojarzy mi się z podobnym motywem w „Milczeniu owiec” Jonathana Demme’a). Cały spektakl oparty jest na motywie theatrum mundi – widać to idealnie, kiedy dwie tancerki są wymiennie: marionetkami lub lalkarzami. Pociągają za sznurki, by zaraz potem tańczyć jak im zagrają. Przesypywanie piasku w ostatniej części to metafora przemijalności życia ludzkiego – piasek sypie się niczym w klepsydrze, a czas ucieka.
Zachwycając się formą i rozwiązaniami technicznymi (odpowiedzialna za to jest Tanya Williams – brawa!) całkowicie zapominam o idei „Hangmana”, a przecież ona jest najistotniejsza – spektakl opowiada o świecie katów i ofiar, sędziów, egzekutorów i marionetek w ręku silniejszych. Głuchy, Ślepy i Niemy przez zamianę ról i przeistoczenia w inne postaci prowadzą opowieść o zbrodni, ukaraniu winnego i wykonaniu egzekucji. Obserwujemy teatr absurdu, z groteską i czarnym humorem, ale nie brak w nim też poetyckości. Artystów z DoTheatre zainspirowały dzieła Daniela Charmsa, rosyjskiego twórcy poezji i prozy absurdu.
Osobiście czuję w „Kacie” klimat Kafkowskiego „Procesu”.

Kostiumy są ciekawe, oparte na stroju Charliego Chaplina - biała koszula, frak i melonik. W trakcie zmieniają się, w zależności od potrzeby sceny, ale baza nasuwająca skojarzenie z Chaplinem zostaje.

Przeplatanie form teatralnych i tanecznych w połączeniu ze świetną muzyką tworzy spektakl, który na długo pozostaje w pamięci.
Moim zdaniem, artystom z DoTheatre należą się owacje na stojąco. Chętnie obejrzałabym spektakl znowu i znowu…

Katarzyna Krzywicka


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:14 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Oczekuję swojego ja.

Good Girl Killer to kolektyw taneczno/performersko/muzyczny, który wyznaje formułę swobodnego przepływu myśli, nieograniczoną do konkretnego środka wyrazu - w tym wypadku tańca. Sami twierdzą, że nie jest to tradycyjny teatr tańca. Według nich, nie ma rzeczy nie do połączenia na scenie.

Taki właśnie teatr mogliśmy oglądać za sprawą sztuki „Akcja”, która jest drugą pełnometrażową produkcją kolektywu GGK. Powstała na podstawie jednego z najmniej popularnych dramatów Sama Sheparda pod tym samym tytułem, który miał swoją premierę w 1975 roku w Nowym Jorku.

Shepard przedstawia cztery osoby. Każda z nich ma około 30 lat. Znajdują się w pustym mieszkaniu, gdzieś w Ameryce i szykują się do świątecznej kolacji. Jest to dramat egzystencjalny, opowiadający o wyobcowaniu, mijaniu, próbie nawiązywania kontaktu z innymi ludźmi, która niestety nie przynosi rezultatów.

Grupa Good Girl Killer dosyć wiernie zaadaptowała dramat poprzez wykorzystanie tańca, muzyki, rytmu i wizualizacji. Niektóre fragmenty zostały całkowicie przeniesione na scenę, jak choćby rozbijanie krzesła, czy oczekiwanie na kolację. Dokonano też kilku niezbyt istotnych zmian, m.in. indyka zastąpiła ryba (przeniesienie na polskie realia), natomiast zamiast pod fotel, jeden z bohaterów chowa się pod wannę.

Twórcy skupili się przede wszystkim na stworzeniu atmosfery, co z pewnością im się udało. Zbudowali silne napięcie dramaturgiczne.

Każdy z performerów jest charakterystyczny i indywidualny. Widać, że tancerze długo pracowali nad swoimi postaciami i jakością ruchu, przez który wyrażali ich charakter. Bohaterowie są skoncentrowani na sobie, na własnej tożsamości. Próbują nawiązać kontakt z drugą osobą, ale wszystkie ich próby kończą się fiaskiem. Wydaje się, że są pozbawieni emocji, ale tak naprawdę pod tą maską obojętności drzemią wielkie namiętności, które nie można ogarnąć. Gdyby performerzy starali się zagrać te wszystkie uczucia, przedstawienie stałoby się przytłaczające i przeładowane emocjami. Furia, podczas rozbijania krzesła, sprawia wrażenie odegranej. Jest to celowy zabieg, który ma na celu podkreślenie braku emocjonalności. Tak naprawdę ten pozorowany chłód sam w sobie jest naładowany emocjami, a wszystkie akcje są maksymalnie przesiąknięte uczuciami.

Zastanawiającym elementem przedstawienia jest ekran, w który wpatrują się bohaterowie. Wyświetlane są na nim początkowo niewidoczne dla widza obrazy. Jest to metafora telewizora, która ma na celu wywołanie emocji w aktorze. Tajemnicze obrazy przedstawiają m.in. Freda i Ginger, tytułowych bohaterów filmu Felliniego. Jest to wizualizacja marzeń postaci granej przez Annę Steller, która chciałaby udzielać się towarzysko i bawić się z innymi ludźmi. Dzięki tym obrazom marzenia stają się realne, a przez to bohaterowie żyją w świecie iluzji.

Na pewno skrajne emocje wzbudziła scena, podczas której jedna z postaci rozkraja na stole rybę, po kolei wyjmując wnętrzności, oczyszczając z łusek i krojąc. Był to tak niespodziewany w teatrze i szokujący fragment, że kilka osób wyszło z przedstawienia. W tym wypadku można powiedzieć, że sztuka oddziaływała nie tylko na zmysł wzorku i słuchu, ale również węchu.

Podsumowując, sztuka pt. „Akcja” kolektywu Good Girl Killer, jest chyba najbardziej przesiąkniętą scenicznie adaptacją, jaką miałam okazję oglądać na 13. MSTT. Aby odebrać przedstawienie, nie potrzebna była znajomość dramatu Sheparda, ponieważ performerom chodziło głównie o oddanie klimatu, co moim zdaniem udało się idealnie. Ta trudna i wymagająca sztuka odżyła dzięki nim na nowo i wzmocniła swoje przesłanie.

Joanna Podgórska


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:16 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
So special [?]

Oba wieczorne spektakle pierwszego dnia 13. Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca w Lublinie inspirowane były postacią Szekspirowskiej Ofelii. Czy oba równie dobre? Kwestia gustu. Mnie zaintrygował spektakl „Ofelia is not dead”, do którego choreografię stworzyła odtwórczyni głównej roli - Izabela Chlewińska, we współpracy z Jackiem Owczarkiem.
Na sali zapada ciemność. Słychać tylko stukot obcasów, który dochodzi tuż zza mojej głowy. Widzę kobiecą postać powoli zbliżającą się do sceny (pomijam małą wpadkę, czyli „zabłąkanego” pana, który stał się nieświadomie częścią przedstawienia - ku uciesze widzów). Nagle zapalają się światła - przed nami pojawia się dziewczyna ubrana na czarno. Domyślamy się, że jest to tytułowa Ofelia.

A kim ona była w sztuce Szekspira? Ofelia to córka Poloniusza, siostra Laertesa. Obiekt młodzieńczych wyznań miłosnych Hamleta. Przez mnóstwo nieporozumień i intryg została przez niego odrzucona. Próbowała zrozumieć, co wpłynęło na jego decyzję: szaleństwo, czy jakieś inne motywy. Po śmierci swojego brata popadła w obłęd i utopiła się.

I w tym właśnie momencie rozpoczyna się spektakl. Ofelia wynurza się z ciemności, stąpa powoli, jakby badała grunt. Patrzy zaczepnie na publiczność, wykonuje masę chaotycznych ruchów. Po chwili jesteśmy pewni, że mamy do czynienia z obłąkaną osobą. Odrzuca buty, miota się po scenie. Jej twarz wyraża zadowolenie, żeby zaraz potem przybrać grymas bólu lub gniewu. Ofelia biega w kółko, patrzy jak zahipnotyzowana w sufit. Zaczyna szczekać, wydawać nieartykułowane dźwięki. Za każdym razem, kiedy widz myśli, że przyszła pora uspokojenia emocji i wyciszenia, kobieta na nowo zaskakuje jakimś niespodziewanym ruchem lub gestem. Na pewno dla wielu odbiorców ta huśtawka emocjonalna mogła stać się w pewnym momencie męcząca. Jednak z drugiej strony należy pamiętać, że takie rozchwianie psychiczne jest domeną obłąkanych osób.

Ważny jest moment, kiedy Ofelia staje w smudze światła, padającej z góry i zaczyna śpiewać słowa piosenki: „Gdybym ja była słoneczkiem na niebie”. Śpiew można zinterpretować jako tęsknotę za niespełnionym życiem. Bohaterka chciała być przed śmiercią radosną, beztroską istotą, chciała „świecić” dla Hamleta i ogrzewać go swoim uczuciem. Niestety, jest to już odległe marzenie, które zostało za czarną zasłoną.

Istotna jest również scena, w której Ofelia zaczyna mówić: „Umrę, nie umrę, umrę, nie umrę”. Przypomina to dziecięcą wyliczankę, którą często powtarzają małe dziewczynki, rwąc płatki kwiatów: „Kocha, nie kocha, kocha, nie kocha.” Tym razem wyliczanka ma rozstrzygnąć o wiele ważniejszy dylemat.

Dochodzimy do fragmentu, gdy Ofelia tańczy i skacze do żywiołowej piosenki rockowej grupy Radiohead. Repertuar nie jest przypadkowy, ponieważ utwór ma bardzo znaczące słowa: “When you were here before/ Couldn't look you in the eye/ You're just like an angel/ Your skin makes me cry/ You float like a feather/ In a beautiful world/I wish I was special/ You're so #### special” (“Kiedy byłaś tu przedtem/ Nie mogłem spojrzeć Ci w oczy./ Jesteś jak anioł,/ Twoja skóra sprawia,/ że płaczę./ Unosisz się jak pióro/ W pięknym świecie/A ja chcę być wyjątkowy/ Ty jesteś tak cholernie wyjątkowa”).

Koniec spektaklu jest trochę zaskakujący. Ofelia, po wielu przejściach, o czym świadczą chociażby zwichrzone włosy aktorki, siada obok widzów i wtapia się w tłum. Po prostu zamienia się w zwykłego odbiorcę, który ogląda tę krótką opowieść o szaleństwie. To tak, jakby uwierzyła, że nie jest martwa.

Mimo niewątpliwej śmierci Ofelii, jestem pewna, że motyw Ofelii is not dead. Nie spodziewałam się, że można tyle treści wyrazić bez słów, jedynie za pomocą gestów, ruchu i mimiki twarzy. Wystarczyła jedna utalentowana tancerka, trochę muzyki, doza światła, aby przenieść nas w wewnętrzny świat Ofelii - obłąkanej dziewczyny, która zmartwychwstała ze stron sztuki Szekspira i rozpaczliwie walczy o naszą uwagę.

Joanna Podgórska


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:18 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Taniec ze słowami

Słowa są elementem, który zwykle nie odgrywa znaczącej roli w występach teatrów tańca. Jednak w przypadku spektaklu „newyou” wystawionego przez zespół Johannes Wieland jest inaczej. Wczorajsze przedstawienie było dość niecodzienną próbą ukazania problemu osiągania szczęścia w świecie zdominowanym przez fałsz.

W pierwszej scenie każdy z aktorów kolejno przemawia twierdząc, że dziś są jego urodziny i z tego powodu są bardzo szczęśliwi. Przy czym od niemal samego początku jedna z postaci odróżnia się od reszty. Eva grana przez Brea Cali, bez skrupułów rozkazuje innym postaciom na scenie. Bawi się nimi niczym marionetkami. W trakcie przedstawienia manipuluje także publicznością. Początkowo pojedynczymi osobami zadając im pytania, lecz ignorując odpowiedzi, chwilę później całą salą - wywołując oklaski, a po chwili uciszając je.
Kłamstwo jest jednym z dominujących motywów spektaklu. Eva w pewnym momencie zwraca się do publiczności z pytaniem: Czy dalej czekacie na część taneczną? I natychmiast ze śmiechem w głosie udziela odpowiedzi: Nie będzie jej. Po czym scena zostaje pusta.
Aktorzy jednak wracają. W końcu każdy z nich ma okazję pokazać swoje umiejętności. Na szczególne uznanie zasługują Ryan Mason oraz Isadora Wolfe. Choć Ryan odgrywa postać Johna Guymona (aktora, który pierwotnie grał w tym przedstawieniu) staje na wysokości zadania. Pokazuje znakomity kunszt taneczny. Jego gra wspaniale koresponduje z obrazami wyświetlanymi na ścianie za sceną. Krótkie sekwencje filmowe od pewnego momentu stają się bardzo ważnym elementem przedstawiania. Przytłaczają monotonią wypowiadanych zdań oraz zdumiewają niecodziennymi obrazami.

Isadora jest całkowicie inną postacią. Jest niemal w pełni zdominowana przez Eve. W momencie, w którym zaczyna tańczyć, rozpromienia się. Jednak tuż przed osiągnięciem stanu całkowitego szczęścia, Eva nakazuje jej przestać. A ta bez najmniejszego sprzeciwu wykonuje jej rozkaz. Można było zauważyć swoistą hierarchię, na przykład w scenie, gdy Isadora masowała inne postacie. Te pod wpływem nieopisanej rozkoszy wydawały z siebie westchnienia i pojękiwania o różnym natężeniu. Przecinając panującą ciszę budziły najróżniejsze skojarzenia. Efekt taki był możliwy dzięki dobremu wyczuciu, kiedy muzyka jest potrzebna w spektaklu a kiedy nie. Choć oprawa dźwiękowa nie jest elementem wyróżniającym się, pamiętać należy, iż stanowi ona tło akcji dziejącej się na scenie i w tej roli sprawdza się znakomicie.

Zakończenie spektaklu pozostawia wiele niedomówień, zmusza nas do kolejnych przemyśleń. Na wyświetlanym filmie widzimy Johna słyszymy jak mówi: „Gdybym budził się codziennie rano jako John Guymon popełnił bym samobójstwo”. Zagubienie głównego bohatera przeradza się w rozpacz. Pozostaje on sam w swoim świecie. Eva pyta publiczność, czy chciałaby zobaczyć szczęśliwe, czy smutne zakończenie. To pytanie przerażająco trafnie pokazuje nam jak duży wpływ na nasze życie mają inni ludzie. Po wysłuchaniu kilku odpowiedzi wybiera ona to pierwsze.

Spektakl postawił wiele pytań. Jego dość niecodzienna forma mogła nie odpowiadać niektórym wielbicielem teatru tańca. Moim jednak zdaniem, był to jedno z ciekawszych przedstawień jakie mogliśmy do tej pory oglądać na tegorocznych Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca, Miejmy nadzieję, iż kolejne dni przyniosą następne tak pozytywne zaskoczenia.

Piotr Deneka


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Mon Dec 21, 2009 5:20 pm 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
„Over and over”

Czy zasypiając, by po nocy rozpocząć kolejny dzień życia, dokonujemy mentalnego samobójstwa? „Gdybym codziennie rano budził się jako John Guymon, zabiłbym się” – to stwierdzenie pada ze sceny parokrotnie w trakcie spektaklu wyreżyserowanego przez Johannesa Wielanda pt. „newyou”.

Na scenie stoi ponad setka butelek po brzegi wypełnionych wodą. Następnie kolejno pojawiają się 4 postaci. Jedna z nich okazuje się kluczowa. Eva – prawdziwa femme fatale, kobieta dominująca. To ona przedstawia resztę tancerzy, narzucając publiczności swój punkt widzenia. Wszyscy bohaterowie obchodzą właśnie dziś kolejne urodziny i są z tego powodu „bardzo, bardzo szczęśliwi”, jak oznajmiają bez przekonania.

Demoniczna konferansjerka postanawia zapytać publiczność co to jest szczęście, jak je postrzegają, co wywołuje ich radość. Niezależnie od odpowiedzi, stawia diagnozę, iż respondenci zapewne cierpią na depresję. Jeszcze niejednokrotnie wejdzie w bliższe relacje z publiką, zadając niewygodne pytania, zapraszając na scenę, drwiąc z poszczególnych widzów, uciszając salę czy wreszcie ironicznie komentując wszelkie reakcje. Oczywiście, wszystko osłodzi przyklejony do twarzy Evy, niewinny uśmiech.

Równie skomplikowane są stosunki panujące pomiędzy konferansjerką a pozostałymi tancerzami: zniewolony jej kobiecym magnetyzmem John narazi się na złośliwości z powodu rzekomo zranionych uczuć, Isadorze zostanie odebrane szczęście na krok przed jego osiągnięciem , a Kristen będzie próbowała ukraść Evie tożsamość, by podnieść swoją samoocenę. Ponadto każdy z bohaterów to tylko bezwolna marionetka, która poddaje się woli demonicznej kobiety, pełniącej niejako rolę reżysera całego spektaklu. Wrażenie to potęguje fakt, że widz nie może dać się porwać pięknu tańca – Eva przerywa poszczególne występy, gdy tylko zaczynają nabierać życia, przedstawiać jakąś prawdę.

Najsilniej przeciwstawia się temu działaniu John. Mówi o swoich pragnieniach, które na początku wydają się bardzo banalne. Mężczyzna chciałby dostać tort urodzinowy, który natychmiast pojawia się w jego rękach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a wszystko to za sprawą projekcji, wyświetlanej za plecami bohaterów. Ciasto jednak okazuje się niesmaczne, zawodzi oczekiwania solenizanta. Również przyjęcie urodzinowe, choć z pozoru udane, nie daje bohaterowi satysfakcji. John w końcu zwierza się z największego pragnienia – chciałby spotkać rudowłosą kobietę. Scena natychmiast zapełnia się pięknymi paniami dzierżącymi w ręce czerwone gerbery. Prezentują swoje wdzięki, by ostatecznie zniszczyć kwiaty i pozostawić Johna samego. Są sztuczne i bezduszne, przypominają wystawowe manekiny, ich oczy nic nie wyrażają. Historia Johna wskazuje na ulotność marzeń – ich spełnienie to przeważnie przykry zawód, zawiedzione nadzieje.

Postacią najsilniej zdominowaną przez Evę jest Isadora. Niewinna i naiwna, czerpie niespożytą radość z tańca, mistrzowsko wykonuje każdą kombinację ruchów. Cóż z tego, jeśli jej aktywność zostaje w brutalny sposób ograniczona w kluczowych momentach? Tancerka Isadora Wolfe stworzyła czarująca i subtelną postać, która zachwyca liryzmem. Jej solowym występom towarzyszy delikatna, wręcz hipnotyzująca muzyka, która przynosi odprężenie. Artystka przyciąga uwagę lekkością ruchów. Być może właśnie przez wrażliwą osobowość to właśnie Isadora stała się najbardziej posłuszną marionetką Evy?

„newyou” Johannesa Wielanda charakteryzuje doskonała choreografia oraz świetne wykonanie. Artyści prezentują imponującą dawkę tańca współczesnego w lekkiej, nieco ironicznej formie. Partie wykonywane zespołowo okazały się perfekcyjnie dopracowane. Jedynym zarzutem pod adresem twórców jest zbyt mała dawka tańca w tańcu. Momentami zabrakło dynamizmu, Teatr Muzyczny rozbrzmiewał głosem Evy, ale na scenie brakowało ruchu.

Trafnym podsumowaniem przekazu całego przedsięwzięcia jest finałowy utwór „Over and over, keep going over”, który podkreśla powtarzalność pewnych motywów w ludzkim życiu. Każdy co roku obchodzi urodziny i chce, aby ten jeden dzień różnił się od pozostałych, dał mu poczucie wyjątkowości i szansę na spełnienie najskrytszych marzeń. Jednak zawsze rozbijemy się o egoizm drugiego człowieka lub trafimy na dyktatora, który będzie chciał przejąć kontrolę nad naszym życiem. Dzięki Johannesowi Wielandowi ta gorzka prawda została nieco osłodzona piękną formą.

Kamila Stolarska


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Tue Dec 22, 2009 8:11 am 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Dwa światy Ofelii

13 Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca zapowiadają się niezwykle obiecująco. Już pierwszego dnia mieliśmy okazję zobaczyć doskonały kunszt teatralny w monodramie pod tytułem "Śmierć Ofelii" w wykonaniu Marty Pietruszki. Choreografię do spektaklu ułożyła ona wraz z Olgą Marcinkiewicz. Budowaniem nastroju zajęli się scenograf M. Kotański oraz muzycy: Vivaldi, Purcell, Adams.

Kiedy widz wchodzi do sali, aktorka jest już na scenie. Niespokojnie chodzi w tą i z powrotem po leżącej na parkiecie strudze światła. Jest jakaś niespokojna, przykuwająca uwagę. Stawia stopę za stopą i liczy. Wszystkie miejsca zajęte. Zapada cisza. Narasta, do tej pory prawie niezauważalny, szum jakby odgłosy lotniska czy dworca kolejowego. Widz staje się częścią innej przestrzeni. Tylko aktorka wydaje się jakby nieobecna, a jej niespokojne ruchy ukazują narastający obłęd. Szum cichnie a w jego miejsce wchodzi piękna muzyka i wprowadza nas w świat szalonej Ofelii. Bohaterka zakłada spódnicę wyjętą rodem z czasów Szekspira. Dyga, tańczy, chodzi jakby była na balu. Wszystko dobrze, ale przecież mamy XXI wiek. Genialne ukazanie przeplatania się dwóch światów: rzeczywistego i współczesnego z nierealnym i dawnym, uzyskane dzięki muzyce i grze aktorki. Przypomina to trochę postać Karusi z „Romantyczności” Mickiewicza – samotna, obłąkana dziewczyna w tłumie. Są momenty kiedy zdawać się może, że Ofelia się opamiętuje, widoczne jest to po diametralnej zmianie mimiki i gestów bohaterki na spokojne i opanowane. Wielkie brawa dla aktorki za opanowanie ruchów z XIX wiecznego podręcznika dla aktorów W. Bogusławskiego, który był inspiracją do spektaklu, a opierał się na powszechnie znanym ówcześnie kodzie gestów. Nasuwa mi się myśl, że artyści posługujący się nim wtedy, wyglądali na obłąkanych tak samo jak nasza Ofelia.

Byłabym niesprawiedliwa nie wspominając o roli oświetlenia w spektaklu. Biorą w niej udział wyłącznie światła punktowe co jeszcze bardziej podkreśla indywidualność bohaterki i jej obecności w centrum uwagi. Moim zdaniem był to dobry pomysł również na zmniejszenie przestrzeni, która nie była w pełni ogrywana.

Nawet jeśli bardzo bym się starała nie byłabym w stanie wymienić żadnych minusów tego przedsięwzięcia. Z trudnej próby przedstawienia szaleństwa Ofelii, Marta wyszła zwycięsko. Muzyka i światło nadawały charakter, i przenosiły nas z jednego świata w drugi. Do myślenia daje nam symboliczne uśmiercenie bohaterki, nasuwając na myśl dobrze znane trzy małpki – nic nie widzi, nic nie słyszy, nic nie mówi. Jestem jednak pewna, że o tej Ofelii usłyszymy jeszcze nie raz. Brawo!

Małgorzata Saniak


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject: Re: Lublin Festival 2009 - Reviews
PostPosted: Tue Dec 22, 2009 8:13 am 
Offline

Joined: Sun Oct 24, 1999 11:01 pm
Posts: 19975
Location: London, England; Tallinn, Estonia
Esencja Viana

Gdański Teatr Dada von Bzdülöw w spektaklu „Czerwona Trawa” przeniósł nas do świata powieści Borisa Viana pod tym samym tytułem. Czy warto było z nimi ruszać w tę podróż?
Chociaż „Czerwona Trawa” powstała z inspiracji książką Viana, to dalece wymyka się pojęciu inscenizacji znanemu z teatru dramatycznego. Utwór został całkowicie przystosowany do środków wyrazu, jakimi dysponuje taniec. Nie znajdziemy w spektaklu odtwarzanego scena po scenie porządku fabularnego powieści, a tylko kilka, zaczerpniętych z niej i potraktowanych z dużą swobodą, zdarzeń. Taneczne sekwencje odpowiadają m.in. budowaniu przez mężczyzn maszyny, czy spontanicznie zorganizowanej imprezie z tańcami. To subiektywny wybór sytuacji, które zdaniem artystów najlepiej oddają istotę Vianowskiej narracji. Według mnie jak najbardziej trafiony.

Tancerze rezygnują z użycia słowa, ale ruch nie jest tu przecież jego prostym zamiennikiem, jak w kalamburach czy pantomimie. Taniec pozwala im wyrazić te treści i wrażenia, które pozostawiła w nich na trwałe lektura „Czerwonej Trawy”. Nieprzewidywalność językowych skojarzeń autora zastępuje więc nieobliczalność posunięć aktorów. Jedyną ustną wypowiedź słyszymy w video-przemowie powieściowego mera miasta (w tej roli gościnnie Cezary Rybiński). I choć odczyt sam w sobie jest zabawny, to sądzę, że ta część spektaklu może dla odbiorcy nieznającego tekstu Viana pozostawać bez większego związku z tym, co zobaczył na scenie.

Tym, co przenika relacje między wszystkimi niemal postaciami, jest erotyka. W jej krąg tancerze włączają nawet reprezentantkę publiczności, która staje się na moment obiektem adoracji dwóch bohaterów (Leszek Bzdyl, Radek Hewelt). Sfera intymności wkracza do spektaklu zrazu tylko lekko zaznaczona niby-przypadkowym splotem ciał, to znów jawna i zamierzona w pocałunkach. Dotyczy zarówno łatwo zmiennych układów damsko-męskich, jak i par tworzonych w obrębie jednej płci. Artyści ani razu nie przekraczają granicy dobrego smaku – o co łatwo, poruszając się w tej tematyce, nie silą się też na kontrowersje. Seksualność traktuje się tu jako naturalny element życia, oczywisty i niezbywalny, a zarazem podnoszący jego atrakcyjność. Potwierdzają to choćby niekończące się wymiany uśmiechów między postaciami.

Na scenie panuje nastrój bliski sielankowemu i ta beztroska radość udziela się również publiczności. Zwłaszcza w scenie, gdy męscy bohaterowie kończą swój wyścig, sami jakby zaskoczeni tym faktem, pośród… widowni. Zaczynają się kręcić po sali czegoś szukać i – dosłownie! – stają na głowie, żeby to znaleźć (tuż przed twarzami zdziwionych widzów). Ostatecznie pośród ogólnego chichotu trafiają na czerwoną sukienkę, którą nałożą wspomnianej już wybrance z publiczności. Tym samym skutecznie odwracają uwagę od partnerek, które nadal tańczą na scenie, nic sobie z braku mężczyzn nie robiąc (łagodna kobiecość i wdzięk w czystej postaci: Katarzyna Chmielewska, Ula Zerek plus rozbrajająca i rozrabiająca Tatiana Kamieniecka).

Swoboda zachowań, brak skrępowania, bliski kontakt postaci – to wszystko elementy dobrej zabawy, ale posunięte o krok za daleko generują napięcia między bohaterami. Wprowadzają niepokój, zaburzają widziane wcześniej obrazy harmonii. Choć całość sprawia wrażenie urokliwej zmysłowej zabawy, to tkwi w niej jakieś ziarno goryczy, którego pochodzenie ciężko wskazać.

Muzyka Mikołaja Trzaski bezbłędnie wydobywa klimat poszczególnych scen. Beztroskiej zabawie towarzyszy regularnie pulsująca elektronika, która ze wzrostem napięcia zostaje wyparta przez jazz. Gdy sięga ono najwyższego poziomu, dźwięki rozjeżdżają się tworząc jazgotliwy dysonans. Oprawa muzyczna spektaklu trafiła w mój gust, ale sądzę, że w uznaniu dla jej autora nie jestem odosobniona.

W spektaklu z wyczuciem dozowana jest prowokacja, nonszalancja i humor – również autoironiczny. Dystans pomiędzy aktorem a widzem zmniejsza się w skutek bezpretensjonalnych zachowań tancerzy. Ale jeszcze nie na tyle, by ktokolwiek odważył się dołączyć do tańczących – z rozmów po spektaklu wiem, że nie tylko ja miałam na to chęć. A gromkie brawa dla zespołu Dada von Bzdülöw potwierdzają, że wspólną wycieczkę po odrealnionym świecie należy uznać za udaną.

Kaśka Piwońska


Top
 Profile E-mail  
 
Display posts from previous:  Sort by  
Post new topic Reply to topic  [ 10 posts ] 

All times are UTC - 7 hours [ DST ]


Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest


You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Search for:
Jump to:  
The messages in this forum are posted by members of the general public and do not reflect the opinions or beliefs of CriticalDance or its staff.
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group