public forum
home forum magazine gallery links about faq courtesy
It is currently Wed Aug 20, 2014 8:30 pm

All times are UTC - 7 hours [ DST ]




Post new topic Reply to topic  [ 4 posts ] 
Author Message
 Post subject: Lublin 2008: SUMMARY, day after day
PostPosted: Mon Nov 10, 2008 4:21 am 
Offline

Joined: Tue Nov 06, 2007 2:35 pm
Posts: 11
Location: Lublin Poland
XII Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca. Dzień pierwszy.

Święcący triumfy w Lublinie teatr tańca po raz kolejny spotyka się z doprawdy dużym zainteresowaniem publiczności. W tym roku organizatorzy dołożyli starań, by cykl spektakli w ramach właśnie rozpoczętych XII Międzynarodowych Spotkań Teatrów Tańca, dopełniony został szeregiem działań wykraczających poza tradycyjnie już organizowane warsztaty tańca oraz wykłady teoretyczne.

Ideą tegorocznej edycji jest próba zestawienia tańca i teatru z innymi dziedzinami sztuki, takimi jak malarstwo, rzeźba i fotografia. Poszukiwanie tych zależności jest działaniem wzajemnym. Część prezentowanych spektakli powstała z wyraźnych inspiracji twórczością wizualną (m.in. Francis Bacon, Marc Chagall czy Stefano Ricci), a w ramach projektu „wystawa chwili” w trakcie festiwalu grupa artystów plastyków tworzyć ma impresje, będące reakcją na obejrzane spektakle. Odważne poszukiwania połączeń między dziedzinami sztuki, a także próby bezpośrednich interakcji i zderzania perspektyw w połączeniu z działalnością edukacyjną, stwarzają wyjątkowy, jeżeli nie najsilniejszy, nurt teatralny w Lublinie.

Pierwszym zaprezentowanym spektaklem festiwalu, była znana już w Lublinie subtelna opowieść Anny Żak & Darii Dziedzic „Daleko od ciała”, której powstawanie mogliśmy śledzić na kolejnych lubelskich Forach Tańca Współczesnego. Natomiast na oficjalnej inauguracji wystąpiła grupa Chelyabinsk Contemporary Dance Theater z Rosji ze spektaklem „Po drugiej stronie rzeki”.

„Po drugie stronie rzeki”

Nie napiszę dokładnie, o czym opowiada rosyjski spektakl. Rozbudowane, perfekcyjnie zatańczone, ale podane w nadmiarze sekwencje, sprawiają, że proste przypisanie autokomentarza twórców, do faktycznej semantyki spektaklu, byłoby w przypadku polskiego odbioru, co najmniej nadużyciem. Dodatkowo gdzieś między wersami przewija się rotacyjnie powracający na międzynarodowych festiwalach problem braku bądź niedostatku translacji. Choć słów płynących z offu nie jest zbyt dużo, to trwam przy zdaniu, że także w przypadku teatru tańca, wypadałoby wiedzieć, o czym mowa.

Jednym z uroków teatru jest to, że odbiorcy w recepcji dzieła, mogą niezwykle poszerzać jego sensy, odkrywając pola znaczeń, nie brane pod uwagę przez samego twórcę. Faktyczne założenia autorskie, często zupełnie rozmijają się z końcowym odczytaniem; okazuje się, że spektakl sam w sobie potrafi generować kluczowe znaczenia. Proces ten wydaje się jeszcze bardziej nasilony w teatrze tańca, gdzie oddziaływujący na nas obraz i dźwięk zwykle nie wykłada sensu explicite, otwiera często niejasne drogi interpretacji. Jednak w przypadku „Po drugiej stronie rzeki” opowieść przekazywana w choreografii staje się mocno rozmyta, a epizody pozostają dla nas atrakcyjne głównie w warstwie wizualnej. Owszem czujemy tu i widzimy zmieniające się interakcje między tancerzami, budowanie i rozpadanie się więzi, przeżywanie doświadczeń, pewną inicjację. Poszczególne fragmenty choreografii wydają się opowiadać o zderzeniu jednostki z grupą, o towarzyszących temu emocjach i przemianach. Brakuje jednak synergii poszczególnych części, tak by poza atrakcyjną formą pojedynczych sekwencji powstała pewna spójna, dobrze wybrzmiewająca całość znaczeniowa, do której przecież w tym wypadku twórcy dążą.

Spektakl zaczyna się klasycznie. Grupa tancerzy ubrana w sportową bieliznę wykonuje choreografię. Ruch jest bardzo płynny i zarazem precyzyjny. Już ten początkowy wstęp wydaje się nie tylko zatańczonym układem, ale także popisem możliwości wygimnastykowanego ciała, które notabene ogląda się z przyjemnością i zafascynowaniem. Niepodważalna wartość spektaklu tkwi w warsztacie. Tancerze są doskonale przygotowani technicznie i mają olbrzymie możliwości ruchowe, co przekłada się na efektowność i ekspresję tańca. Choreografia Olgi Pony jest bardzo wymagająca, a budowane przez nią, skomplikowane układy i sekwencje są dowodem niezwykłej wyobraźni przestrzennej. Zbiorowe figury tworzone przez tancerzy nasuwają skojarzenie ulotnych rzeźb, które w oka mgnieniu, przez jeden delikatny ruch partnera rozpierzchają się, by ponownie budować fascynujące formy. W dalszej części wiele elementów z przejrzystego i surowego początku, zostaje wplecione i wykorzystane w bardziej dynamicznych i rozbudowanych scenach, które przeplatane zostają fragmentami statycznymi. Choreografii towarzyszy różnorodna, dobrze współgrająca z ruchem scenicznym ścieżka dźwiękowa.

Jakże zaskakujący jest moment, kiedy po perfekcyjnym technicznie wstępie, na scenie pojawia się dwóch ubranych współcześnie tancerzy, którzy w ciepłym świetle prezentują finezyjny układ z użyciem ruchomych stolików – desek do prasowania i archaicznych żelazek, które wydobywają z siebie kłęby pary. To nie jedyny malowniczy obraz, jaki pokazuje nam grupa z Rosji. Do takich perełek, doprawionych humoreską, należy scena, gdy dokonuje się rytuał picia i palenia czy pełna dynamiki i szaleństwa sekwencja z użyciem deskorolek.

Temat kobiety kiełkuje od początku spektaklu, a rozkwita wraz z jego rozwojem. Skomplikowane relacje damsko-męskie stają się jednym z dominujących i najłatwiejszych do zidentyfikowania tematów spektaklu, które łączą się, ale jednocześnie też wybijają ponad nieczytelne ukazanie przejścia przez tytułową metaforyczną rzekę. Doskonałą ilustracją tego jest układ między tancerzem i tancerką, którzy w rytm pierwotnego oddechu w niepowtarzalny sposób pokazują praktycznie całą specyfikę relacji między kobietą a mężczyzną.

W spektaklu jest kilka momentów, które stanowią genialne zawieszenie, może nawet abstrakcyjną pointę, tego, co już zdążyło się wydarzyć. Choćby moment, kiedy przy prawym krańcu sceny na podłodze pojawiają się tancerze w płetwach. Aż chce się w tym momencie zakończyć, pozostawić lekkie niedomówienie i mocny, niecodzienny obraz pozostawić głęboko zatopiony w świadomości widza.

Niestety nie. Po chwili znów zaczynamy nurzać się w perfekcji ruchów, w układach tanecznych, w figurach, a tym samym przekaz rozmywa się coraz bardziej. Brakuje umiaru.


Marta Zgierska
Nowa Siła Krytyczna

_________________
m.


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject:
PostPosted: Tue Nov 11, 2008 3:20 am 
Offline

Joined: Tue Nov 06, 2007 2:35 pm
Posts: 11
Location: Lublin Poland
XII Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca. Dzień drugi.



Poprzeczka stawiana wysoko przez lokalne grupy cieszy, jednak widoczne niedostatki w prezentowanych spektaklach zagranicznych niejako godzą w międzynarodowość festiwalu – tak brzmi podstawowa konstatacja po drugim dniu spotkań. Co prawda trochę niebezpieczna, bo przynajmniej w punkcie reprezentacji zagranicznych znana już z dyskusji wokół innych lubelskich festiwali.

Tego wieczoru obejrzeliśmy pięć prezentacji tanecznych, z czego dwa spektakle „stadium” GTWPL oraz „My” Teatru Maat Projekt to lubelskie pokazy premierowe. I właśnie te dwie propozycje zdominowały drugi dzień festiwalu. Kiedy reszta nie do końca wyraźna, wzbudzająca wiele wątpliwości, nie potrafiła dostatecznie mocno zaznaczyć swojej obecności, to obydwa lubelskie spektakle stanowiły spójne kompozycje, z wyraźnie widoczną konsekwencją w podążaniu w obranym kierunku, nie pozbawione ciągłych poszukiwań ruchowych i estetycznych.

Prezentacja „stadium” w choreografii Anny Żak podczas festiwalu, jest pierwszym etapem spektaklu inspirowanego twórczością Magdaleny Abakanowicz. Ciało i monumentalna forma to dwa pierwiastki składające się na materię tego nieustannie ciążącego ku dołowi spektaklu. Przykuty do podłogi, pełzający i powoli ewoluujący ruch, nieustające odwrócenie tyłem, naprężona skóra pleców, to wszystko sprawia, że tancerki przeobrażają się w postacie nie do końca ludzkie, jakby karykaturalne kadłuby, z trudem kierujące własną wolą, choćby w nieudolnych próbach postawienia mechanicznego, rwanego kroku. Ruchomy obraz stworzony przez tancerki pozbawione indywidualnej tożsamości, wyposażone w zwielokrotniane, ubogie, ograniczające ruchy wydają się być udaną próbą ożywienia „Pleców” Abakanowicz. W minimalistycznej scenografii olbrzymia szpula wyobraża masę, która przytłacza i tak skarlały już świat. Trwanie w tłumie, gdzie rodzi się próba odnalezienia własnego ja. ]

Spektakl zaczyna żyć swoim życiem. Zwłaszcza dla odbiorców pozbawionych kontekstu twórczości Abakanowicz, przedstawiane obrazy łączą się w niedookreśloną opowieść, dosyć mroczną, nieco apokaliptyczną, wizją fantastycznego świata. W „stadium” budzi się pewien niepokojący dysonans. Z jednej strony temat wydaje się zaledwie napoczęty, dopiero zaczynający sięgać do istoty, dający nadzieję na odkrycie nowych przestrzeni. Z drugiej strony w ciągu niespełna 35 minut zdarza się wiele momentów, kiedy napięcie przegrywa w starciu z przedłużającym się czasem konkretnej sekwencji.


*


Najsłabszym punktem programu drugiego dnia był polsko-słowacki projekt „Obsesyjna historia więcej niż o niczym”. Spektakl ma w zamiarze budować własną, małą społeczność wypełnioną wzajemnymi oddziaływaniami, lecz tak naprawdę prezentuje świat bardziej o niczym, aniżeli o czymkolwiek. Choreografia Jaro Viňarskỳ’ego należy do spektakli, które oglądane w ramach festiwalu bardzo łatwo ulatują z pamięci. Układ, wykonanie, muzyka – nic nie przyczynia się do zapamiętania. Etiuda ma być humorystyczną ekspresją o naszych codziennych dziwactwach i małych obsesjach. Doprawdy zastanawia fakt, gdzie w tym wszystkim deklarowane (od niedawna) inspiracje włoskim malarzem Stefano Ricci.
Nieco ciekawiej, a już na pewno barwniej, wypada Quadro Dance Company z Białorusi, grupa, która przedstawiła spektakl „Róże i mimozy” dedykowany Marcowi Chagallowi. Barwniej, bo to właśnie mocno nasycone kolory są tym, co wyróżnia estetykę spektaklu. Niestety pomimo tego, że powstające na scenie atrakcyjne obrazy, jak i dobrana ścieżka dźwiękowa niewątpliwie dialogują z twórczością Chagalla, to całości zbyt blisko tu do cyrkowego świata, którego konwencja nie jest w stanie całkowicie zadowolić publiczności.

Z zagranicznych propozycji, drugiego dnia najciekawszą był „Autoportert” Miro Dance Theatre. Na kwadratowej platformie usłanej kwiatami przechadza się kobieta. Cierpliwie czeka, na moment, kiedy będzie mogła rozpocząć spektakl, który powstał na potrzeby wystawy Fridy Kahlo w Muzeum Sztuki w Filadelfii. Najbardziej charakterystyczna dla tego projektu jest jego struktura. Działania sceniczne rozgrywają się między wyobrażającą bolesną samotność tancerką Amandą Miller a rzutnikami (animacja i projekcja Tobin Rothlein), dzięki którym, dwaj mężczyźni wprowadzają w świat sceniczny grę kolorów i kształtów, które oddziałują na tancerkę. Na jej ciele pojawiają się pręgi, coraz mniej kontrolowane wzory, zabarwiane zostaję kolejne symbole odnoszące się do ciężkiego, pełnego nieszczęść życia Kahlo.

Wprowadzenie wizualizacji poszerza świat sceniczny o dodatkową płaszczyznę, nadaje mu pewną dwustopniowość, w której uwidacznia się opozycja samodecydowania o sobie, o każdym geście, ruchu, myśli oraz siły, która wpływa na nas, kieruje, zniewala.
Doskonały zamysł w praktyce trochę rozczarowuje. Zabieg bez zarzutu działa przez kilka pierwszych minut, i choć do końca prowadzony jest konsekwentnie, to z czasem traci swoją siłę. Do tego obrazy pokazywane z drugiego rzutnika, które mają stanowić ruchome tło, czy końcowe wzory układane z kwiatów, możliwe, że także przez warunki zaadaptowanej do potrzeb teatralnych sali, nie są dostatecznie wyraźne. A to przeszkadza w osiągnięciu pełnego efektu wizualnego.

Pomimo tego spektakl broni się właśnie (i tylko) na linii gry ciało-wizualizacja. Gdzieś poza uwagą, poza silnym doznaniem pozostaje taniec. Choć ruch jest wymowny, przynoszący obrazy bardzo osobiste, niemal intymne, z narastającą ekspresją, nie pobudza, nie potrafi wywrzeć wrażenia, choć trochę zbliżonego do tego jakie przynoszą słowa samej Fridy Kahlo, cytowane przez twórców spektaklu („Maluje autoportrety, ponieważ jestem taka samotna, ponieważ jestem osobą którą znam najlepiej”).


Marta Zgierska
Nowa Siła Krytyczna

_________________
m.


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject:
PostPosted: Fri Nov 21, 2008 4:06 pm 
Offline

Joined: Tue Nov 06, 2007 2:35 pm
Posts: 11
Location: Lublin Poland
Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca. Dzień trzeci


Trzeci dzień festiwalu i kolejne trzy spektakle. Pierwsza choreografia "M.E." Compagnie Irene K. z Belgii przepłynęła dość cicho, bez większego echa. Taneczne, nieco bajkowe obrazy powstałe z inspiracji pracami Maxa Ernsta, układają się w niezobowiązujący collage. Z kolei dwa następne spektakle okazały się jednymi z ważniejszych i gorąco dyskutowanych pozycji festiwalu.

*

Szwajcarski "Speed" (dokładnie 59 minut) Compagnie Linga okrzyknięty został najlepszym spektaklem zagranicznym. I faktycznie, reprezentował niezwykle spójną, konsekwentną i świetnie wytańczoną całość. "Speed" jest głosem w dyskursie o współczesności, który unaocznia kwestię wpływu dzisiejszego stylu życia na kondycję fizyczną i psychiczną człowieka. Taniec pozwala na ekspresję, która nie jest dostępna żadnym, zwłaszcza werbalnym, środkom wyrazu. Katarzyna Gdaniec i Marco Contalupo umiejętnie wykorzystali tę właściwość ruchu, by w swojej choreografii uchwycić istotę współczesności i jej uwarunkowań. Tancerze poprzez ruch przekazują ducha szaleńczego wyścigu, w którym przyszło nam wszystkim dziś uczestniczyć. Okazuje się, że w chaosie postmodernistycznego świata. mimo nieładu relacji i nieustającego oddziaływania, zagubienia tożsamości indywiduum, istnieją dające się określić nadrzędne reguły, którym poddają się jednostki. Pośpiech, prędkość, pogoń determinują cały ruch społeczeństw.

Jednocześnie jest to spektakl na swój sposób autotematyczny, zwracający się ku zagadnieniu ciała. Teatr tańca został pokazany od środka, od treningu, który narzuca sztywne ramy codziennego funkcjonowania tancerza. Współczesna obsesja szybkości wydaje się mieć najlepszą egzemplifikację właśnie w treningu ciała, który wymaga od człowieka wyjątkowej determinacji, systematyczności i poświęcenia. To sprawność fizyczna staje się tutaj właściwym tematem, który w swojej intensywności zawiera wszystkie inne poziomy dotknięte chorobą wyścigu. Efekty, jakie osiągniemy, zależą od naszej siły i od naszych starań. Liczy się dokładność i precyzja, które są niezbędne, by zmieścić się w określonym, wciąż kurczącym się czasie.

Ruch niekontrolowany, zintensyfikowany w treningu, w konkretnych działaniach jest już ściśle zaprogramowany. Końcowy efekt, nawet ten najbardziej piękny i przejmujący, okazuje się wynikiem ścisłej kalkulacji. Pomimo to, wciąż wyodrębnia się autonomiczna, potrafiąca wywrzeć silne wrażenie całość. W obliczu tego rodzi się pytanie - czy w doskonałym wypracowaniu ruchu faktycznie mieści się głębia, czy jest w nim jeszcze miejsce na czystą emocję, na człowieczeństwo. Compagnie Linga nie daje gotowych odpowiedzi, pozwala tylko dostrzec problem, absurd nas samych.

Właśnie od pięknej, dopracowanej sekwencji rozpoczyna się spektakl. Na deskach sceny wije się kłębowisko ciał. Odważny, a zarazem czysty ruch układa się w nieustanne przepływanie. Taniec ciał jest tak intensywny, że ogarnia nas zdziwienie, gdy okazuje się, że to tylko dwójka tancerzy, para, która wykonuje swój intymny taniec.

To dopiero wstęp do nieoczekiwanie wybuchającej tematyki. Napisy niepozornie pokazywane przez tancerza (np. I'm a slow person, Time is money, Speed date), przerywającego swoim pojawieniem się estetyczną ucztę, wzbudzają początkowo uśmiech na twarzy. Wydają się absurdalnie nie współgrać z tym, co dotychczas mogliśmy widzieć na scenie. Wraz z kolejnymi etapami choreografii, układają się jednak w zupełnie logiczną całość i zarazem bardzo trafną diagnozę.

W obliczu coraz dynamiczniej pojawiących się obrazów, elementów treningu, bawiących swoją absurdalnością wyścigów w przebieraniu rozmywa się początkowy, czysty obraz. Gdy publiczność jest już gotowa entuzjastycznie przyjąć spektakl i uważa go za zakończony, jedna z tancerek niespodziewanie rozpoczyna swoje piękne, przejmujące solo po to, by w ostatniej scenie złączyć się w tańcu ze swoim partnerem. Scena ta, odwołując się do pierwszych minut spektaklu, stawia kropkę nad "i".

Istota recepcji nie opiera się tylko na estetycznym zachwycie, ale także na intelektualnym odbiorze zderzenia dwóch porządków tańca. Umiejętne zestawienie składowych choreografii pozwala w pełni wybrzmieć tak ważnym dziś pytaniom, może nawet skłania widza do zatrzymania się. Aktualność i trafność szwajcarskiej prezentacji idzie w parze z dojrzałością całej choreografii oraz świetnym wykonaniem, które okazuje się kluczowe dla podjętego tematu.0

*

Radykalnie inny świat pokazany został w spektaklu Dada von Bzdülöw "Faktor T". Rzecz dzieje się na kwadratowej scenie, wokół której usadzona zostaje publiczność. Pierwszy rząd ma dosłownie fizyczną bliskość z tancerzami, bowiem w czasie 80 minutowego spektaklu dochodzi do wielu, zazwyczaj nieprzewidzianych przez widzów interakcji. Bliskość ta przyprawiać może o dyskomfort, zwłaszcza w pierwszych kilkunastu minutach, kiedy tancerze wraz z rozwojem swojego treningu, emanują coraz większym zmęczeniem. Powstające napięcie zostaje rozładowane w jednej chwili krótkim komentarzem, który pada między tancerzami - "spociłeś się".

Taki jest cały spektakl w reżyserii Leszka Bzdyla. Pełen dystansu do własnych działań. Pełen absurdów, dziwnych rekwizytów, przewrotnych układów tanecznych, zaskakujących zakończeń i wtrętów słownych. Taniec jest tu tylko jednym z elementów wykorzystanych w konstruowaniu spektaklu. Nawet stroje (Hiroshi Iwasaki) przywdziewane z czasem nijak pasują do fachu tancerza, starodawne fasony krępują wręcz aktorów, co jednak nie przeszkadza im w wykonywaniu często nader gwałtownych ruchów (zwłaszcza Katarzyna Chmielewska znęcająca się nad Leszkiem Bzdylem).

Idea spektaklu wyrasta z inspiracji esejem Stefana Themersona "Faktor T". Twórcy faktycznie, uzbrojeni w absurd i ironię, przedstawiają odwieczną, wewnętrzną sprzeczność człowieka, który tkwi między swoimi potrzebami a awersją do ich zaspakajania. Jednak jest to także, a może przede wszystkim, wyraz poszukiwań własnej postawy aktora wobec świata scenicznego. To wyjście poza standardy tanecznych choreografii, a także poza klasyczny spektakl, to spojrzenie na materię teatru wyraźnie zarażone dadaistycznymi koncepcjami.

"Faktor T" należy do spektakli, które docenia się z czasem. Przy silnej fascynacji w odbiorze zaskakującego świata, postępuje ona jeszcze w ramach trwania spektaklu. Ale jego wartość uznać można także po dłuższym czasie po zakończeniu, kiedy absurdalne obrazy kondensują się w jedną wspomnieniową całość.

Marta Zgierska
Nowa Siła Krytyczna

_________________
m.


Top
 Profile E-mail  
 
 Post subject:
PostPosted: Fri Nov 21, 2008 4:08 pm 
Offline

Joined: Tue Nov 06, 2007 2:35 pm
Posts: 11
Location: Lublin Poland
Międzynarodowe Spotkania Teatrów Tańca. Dzień Czwarty i Piąty.
Podsumowanie.



Po zakończeniu festiwalu pozostaje lekki niedosyt, zdecydowanie zabrakło spektaklu o takiej sile oddziaływania jak ubiegłoroczna choreografia Anny Van den Broek "Co(te)lette". Dominującą tendencją spotkań była przeciętność wśród zagranicznych prezentacji, na których tle wyjątkowo pozytywnie wypadli polscy twórcy. Na szczęście, jak co roku, znalazły się nieliczne perełki, dla których warto było przejść przez wszystkie prezentacje.

Spośród sześciu zaprezentowanych spektakli, w ciągu ostatnich dni festiwalu na szczególną uwagę zasługują dwie prezentacje "Panopticon albo/i Przypowieść o maku" Śląskiego Teatru Tańca oraz "Kosmos" Wojciecha Kapronia. Reszta pozostaje w cieniu, przy czym najsłabsze spektakle skupiły się wyraźnie w trakcie ostatniego dnia. Po węgierskiej maszkarze "Nie ma takiego miejsca jak raj", przyszła kolej na czternastominutową, właściwie nieteatralną i pozbawioną wyrazistości etiudę "Skrytka Pocztowa" w wykonaniu Annette Labry. Na koniec wystąpił zaś Teatr Tańca Zawirowania, który swoim "Nic tylko błękit" nie był w stanie sprostać roli zwieńczenia festiwalu. Był raczej niestosownym wtłaczaniem tańca w linearną (i banalną) narrację, która mimo zastosowania szeregu narzucających się w swojej dosłowności środków (ekran z obrazem nieba, papierowe samoloty, podróżne torby czy szamotania między tancerkami), nie potrafiła wybrzmieć klarownie.

Początek dnia przedostatniego był również nieudany. Przewrotny okazał się tytuł spektaklu austriackiego SEAD-Bodhi Projekt - "Niewyraźny poziom", gdyż właśnie poziom tej prezentacji był cokolwiek wzbudzający wątpliwości. Autorzy chcieli pokazać multi-doświadczenie poprzez nieustanne permutowanie motywu zmiany ubrań. Aspiracje do zbudowania nowoczesnego tanecznego świata, który przekazywałby istotę współczesności rozminęły się z samą realizacją. Wyraźne niedostatki w koncepcji budowy spektaklu oraz braki techniczne skutecznie zniwelowały to, co niosło ze sobą celną myśl. Choć poszczególne sceny tworzą bardzo luźną kompozycję, to cała choreografia jest mocno obudowana w konkretne i konsekwentnie realizowane hasła jak współczesny wizerunek czy nieustanny recycling. Odwołanie się do dadaizmu, tak zasadne w przypadku Dada von Bzdülöw, wydaje się tu zupełnie bezpodstawne.

Dalsze spektakle tego wieczoru należały do bardziej udanych. Śląski Teatr Tańca zainstalował się ze swoim najnowszym projektem "Panopticon..." w nowej przestrzeni teatralnej Lublina - Scenie Warsztaty. W przestronnej hali powstała imponująca konstrukcja więzienna, którą widzowie obserwują z zewnątrz. Silnie zróżnicowany ruch zamknięty w ramach spektaklu - w klatce, a w niej tocząca się przypowieść o ziarnku maku, o człowieku. Wobec tak potężnej, groźnej scenografii tancerze znajdujący się w środku, pomimo targających nimi namiętności, pomimo wchodzenia w zmienne, intensywne relacje, pozostają bezbronni. Są tylko elementem całościowego obrazu niewoli, któremu każdy tancerz z osobna naddaje rys indywidualnych zniewoleń. Rozbudowana choreografia i scenografia oraz wprowadzająca gradację napięcia ścieżka dźwiękowa składają się na efektowny koncept. Wszystko to wydaje się być uzasadnione, jednak w końcowym efekcie rozrost formy niebezpiecznie przenosi się na długość spektaklu oraz stawia trudną do rozstrzygnięcia opozycję: wartościowość a widowiskowość.

Projektem, który skupił największą uwagę jest "Kosmos" Wojciecha Kapronia z Lubelskiego Teatru Tańca. Korzystając z idei Wasilija Kandinsky'ego dotyczących zagospodarowania płaszczyzny, idzie on o krok dalej w poszukiwaniach silnie zarysowujących się w ostatnich spektaklach grupy ("NN", "Daleko od ciała" Żak&Dziedzic). Ponownie wykorzystany zostaje ruch w przestrzeni scenicznej, który wykracza poza zwykły taniec. Tancerze LTT odkrywają w swoich choreografiach kierunek pionowy, ruch powietrzny. To poszerzenie odsłania nowy wymiar wyrazu, z którego artyści korzystają w bardzo mądry sposób. Novum w "Kosmosie" polega zaś na nadaniu znaczenia samej przestrzeni, która warunkuje się wzajemnie z ruchem. Przestrzeń określają trzy boki sześcianu wychodzące ze wspólnego wierzchołka dolnej podstawy. Emocje - kolor, ruch - linia, punkt. To wszystko jest jeszcze badaniem możliwości ruchu, odniesień ciała do płaszczyzny. Bowiem pierwsza prezentacja "Kosmosu" to tylko preludium do pełnowymiarowego spektaklu. Premiera planowana jest na początek następnego roku i powinna doczekać się szerszej analizy.

Wartość całego projektu tkwi w niezwykle celnym i harmonijnym połączeniu silnie oddziałującej na widza przestrzeni wizualnej (Aleksander Janas, Robert Zając), ścieżki dźwiękowej (Konrad Chyl) i choreografii. Niewiarygodnie jest to, że "Kosmos" work in progress faktycznie potrafi pochłonąć widza i zahipnotyzować go, co w dzisiejszym teatrze, także tańca, wydaje się niezmiernie trudne. Teorie udało się przetransponować na język tańca i to nie jako bezpieczne odwołania się do znanych treści czy ich proste przełożenia, co obserwować mogliśmy w wielu festiwalowych prezentacjach, ale jako skonstruowanie nowej, pociągającej jakości.

Marta Zgierska
Nowa Siła Krytyczna

_________________
m.


Top
 Profile E-mail  
 
Display posts from previous:  Sort by  
Post new topic Reply to topic  [ 4 posts ] 

All times are UTC - 7 hours [ DST ]


Who is online

Users browsing this forum: No registered users and 1 guest


You cannot post new topics in this forum
You cannot reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Search for:
Jump to:  
The messages in this forum are posted by members of the general public and do not reflect the opinions or beliefs of CriticalDance or its staff.
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group