|
„Co w nas ciemne”
Przestrzeń sceny wysypana ziemią, ograniczona do zamkniętego czworokąta. Najpierw wąskie strumienie światła wydobywają z ciemności trzy kobiece postaci. Rozdygotane, zapamiętałe w gorączkowej choreografii. To MY (requiem), spektakl Teatru Maat Projekt zaprezentowany na XII Międzynarodowych Spotkaniach Teatrów Tańca w Lublinie. Tancerki (Barbara Bujakowska, Kinga Boruń, Justyna Jasłowska), wstrząsane jakby wewnętrznymi dreszczami, przemieszczają się nieznacznie, zawsze synchronicznie, wedle ustalonego układu. Sprawia to wrażenie, że ważniejszy jest właśnie ten ruch, który odbywa się wewnątrz, siła, która sprawia, że kobiety zachowują się jak nakręcane zabawki. Ubrane jednakowo w proste czarne sukienki, szyte jakby dla małych dziewczynek albo ich lalek. Efekt potęguje muzyka Marcina Janusa, mocna i niepokojąca.
Taniec trzech kobiet to preludium do głównej części spektaklu, staje się to jasne, kiedy na scenie pojawia się Tomasz Bazan, reżyser i główny twórca Maat. To on steruje tym światem, uruchamia kolejne sekwencje – zarówno gdy, stojąc z boku, szerokim gestem rozpościera ramiona, jak i później, kiedy dołącza do tancerek. I choć wykonują ten sam układ, to on skupia na sobie uwagę. Taniec całego zespołu inspirowany jest technikami butoh i tańca intuitywnego, ale to Bazan najpełniej wyraża sobą to, co w butoh nazywane jest „obecnością totalną”, stan, w którym umysł i ciało stanowią jedność. Potrzeba wielkiego hartu ducha i umiejętności, żeby z taką siłą oddziaływać na widownię. Jego ruchy są bardzo wyraziste, nacechowane znaczeniem, płynne.
Spektakl stanowi swego rodzaju przeszukiwaniem obszarów pamięci. Intuicję tę potwierdzają tytuły poszczególnych jego części: Jadą goście, Wigilia, Kiedyś uda się uciec, Gołębie. Mogą one wskazywać na konkretne wspomnienia, impulsy do powstania scen – to nie jest aż tak istotne. I tak zostały z nich tylko skrawki, nie stanowią zamkniętej fabuły. Tyle, co zachował Czas, to „dwugłowe monstrum, które potępia i zbawia zarazem”, jak pisał Beckett w eseju o Prouscie. Czego nie pochłonęła jeszcze na powrót ziemia.
Warto przytoczyć tu słowa Jerzego Grotowskiego: „Dlaczego zajmujemy się sztuką? Aby przekroczyć swoje bariery, wyjść z własnych ograniczeń, zapełnić to, co jest naszą pustką i kalectwem, zrealizować się czy też – jak wolałbym to nazwać – dojść do spełnienia. Jest to nie stan, nie kondycja po prostu, ale proces, jakby mozolne dźwiganie się, w którym to, co w nas ciemne, ulega prześwietleniu”. Rozróżnienie to pomaga zakreślić obszar, w jakim porusza się także Tomasz Bazan.
Niewątpliwie, poszukiwania Teatru Maat sięgają coraz głębiej i, co ważne, zespół coraz pełniej potrafi przekazać rezultaty swojej pracy widzom. Warsztat tancerek, w porównaniu z poprzednimi spektaklami, jest dużo lepszy, dzięki czemu ekspresja Bazana może pełniej wybrzmieć. Stało się tak także za sprawą Barbary Bujakowskiej, zdolnej artystki z Krakowa, która dołączyła do zespołu. Umiejętne budowanie napięć, gra świateł (Agnieszka Gronek), ascetyczna prostota scenografii – wszystko to sprawia, że spektakl nie tylko z nazwy łączy obecnych na sali teatralnej. „My” na widowni zostaliśmy wciągnięci w sieć powiązań za pomocą obrazów wygenerowanych w wyobraźni twórców. Złączeni przeżyciem – mocnym i oczyszczającym. A to niemało.
Agnieszka Goławska
_________________ samo da igramo
|