|
Wioleta Rybak Nieuniknione zło
Spektakl Houston Ballet „Ghost dances” wyreżyserowany i wyprodukowany przez Thomasa Grimma, inspirowany był działalnością Augusto Pinocheta i ciężkimi przeżyciami mieszkańców Ameryki Południowej, gdzie wprowadził swój reżim, ale moim zdaniem może mówić uniwersalnie o przemocy panującej na całym świecie.
W scenerii przedstawiającej piękny wiejski krajobraz – malownicze góry i jezioro, początkowo w absolutnej ciszy i mrocznej atmosferze oglądamy taniec trzech istot. To tytułowe duchy, przerażające w swych kostiumach, długich perukach i maskach. Ich taniec jest chwilami asymetryczny, chwilami tworzy regularne układy. W tle słyszymy ludową muzykę, która nabiera coraz szybszego tempa. Muzyka w tym spektaklu jest niezwykle ważna, pomaga w wytworzeniu odpowiedniej atmosfery.
Po pewnym czasie na scenie pojawiają się kolejne, boso tańczące postacie. Taniec wg choreografii Christophera Bruce` a jest niezwykle widowiskowy, łączy różne techniki – od baletu, elementów ludowego tańca folkowego po inne współczesne formy. Tancerze wykonują różnorodne obroty, podnoszenia, tańczą w parach lub osobno w synchronicznych układach. Ich ruchy raz są subtelne, delikatne i lekkie, innym razem celowo stają się bardziej dynamiczne i energiczne.
Powoli poznajemy jednostkowe losy postaci na scenie, ich życiorysy opowiedziane poprzez precyzyjne ruchy ciała. Oglądamy oddzielone od siebie chwilami ciszy historyjki trzech par. Pierwsza z nich to piękna kobieta w czerwonej sukni, jej partnerem jest tancerz ubrany w garnitur. Swoim gestami prowadzą ze sobą rozmowę, wchodzą w pozbawiony słów dialog, toczą spory, ale przede wszystkim oddają łączące ich uczucia. Niezauważalnie w tle pojawia się wzruszająca hiszpańska piosenka. Następny duet tworzy tancerka w błękicie i mężczyzna w chłopskim, prostym stroju, towarzyszą im także inni tancerze. Ich związek jest inny, wydaja się niezdecydowani i niepewni w swych uczuciach. Ostatnia para to dominująca, despotyczna kobieta w szarej sukni, trochę niepasującej kolorem do kreowanej postaci. Próbuje zdobyć panowanie nad partnerem, ten jednak nie poddaje się tak łatwo, rozgrywa się między nimi cielesna walka o wzajemne wpływy i władzę nad drugą sobą.
Każdą ze scenek kończy brutalne wkroczenie duchów, symbolizujących zło całego świata, które niszczą jedno z kochanków. Wnoszą atmosferę niepokoju, lęku i wyczuwalną obawę przed nieznanym, burzą dotychczasowy porządek. Udowadniają, że szczęście człowieka nie jest trwałe, może się zakończyć w każdym momencie, nawet gdy najmniej się tego spodziewamy.
Oglądamy jeszcze jedną scenę zbiorową, stopniowo do tańca włączają się kolejne pary, muzyka staje się coraz bardziej żywa. Nagle na scenę wkraczają złowrogie sylwetki duchów, reszta postaci składa im ukłon, oddaje hołd, pokazując, że zło zawsze zwycięża. Światło zostaje wyciemnione, figury duchów układają się w taką sama pozycję jak na początku przedstawienia – cykl zatoczył koło, czynienie zła może zacząć się na nowo i nigdy się nie zakończy.
Żałuję, że nie mogłam obejrzeć tego spektaklu na żywo, a jedynie jego nagranie na video z 1982 roku. Mimo to siła oddziaływania i emocje płynące z ruchu tancerzy były wystarczająco mocne, sprawiły, że potrafiłam czuć wzruszenie, czy niepokój nawet przez barierę szklanego ekranu, dzięki świetnej reżyserii Thomasa Grimma. Chciałabym się kiedyś przekonać, czy oglądany na żywo „Ghost Dances” jest tak samo świetny jak na filmie.
|