|
Last days and last dance
about video recording of Swansong by Christopher Bruce on English National Ballet
Postać w czerwonej koszulce pomiędzy dwoma więziennymi strażnikami. Krzesło i więcej nic. Nie ma wątpliwości co do tematyki Swansong. Zarejestrowane we wrześniu 2007 roku na taśmie video przedstawienie z choreografią autorstwa Christophera Bruce’a to powrót na deski scen baletowych po 20-tu latach. Historia osnuta jest na kanwie wydarzeń w Chile lat 80-tych, choć równie dobrze mogłaby to być współczesna Korea Północna czy Chiny.
Zaczyna się na pozór niewinnie – strażnicy stepują nieomal radośnie wokół krzesła z przesłuchiwanym skazańcem. Za chwilę rola więźnia zostanie podkreślona przez doczepiony nos clowna. Skalę przeżywanych emocji zdradza ekspresja ruchowa tancerzy – jak dla mnie zbyt dosadna. Im bardziej przerysowane są gesty postaci, kiedy miotają się w zapamiętaniu po scenie, tym ich taniec jest mniej przekonujący.
Więzień zostaje na scenie sam, z góry pada na niego jasne światło. Muzyka łagodnieje. W ruchach tancerza Koena Onzia jest zaskakująco dużo harmonii. Ten taniec dodaje mu sił, aby zmierzyć się ze strażnikami ponownie. Kiedy jednak strażnicy powracają, skazaniec bardzo szybko staje się znów bezwolną kukłą w rękach oprawców – pozostawiają go ledwo żywego, przygniecionego krzesłem. Można by myśleć, że już się nie podniesie.
Tu następuje najbardziej poruszający fragment Swansong – skazaniec wstaje i rozpoczyna przejmujący taniec. W absolutnej ciszy, coraz częściej patrząc w niebo. Sposób, w jaki się porusza, przywodzi na myśl dumnego ptaka. Nagle znów opada z sił. Rolę pierwszoplanową zaczyna grać krzesło – zdaje się, że waży ono coraz więcej. Tancerz raz taszczy je na plecach niczym Syzyf swój głaz, raz wygląda przez jego kratki na świat.
Strażnicy pojawiają się po raz kolejny – rozpoczynają przedziwny, sadomasochistyczny taniec z pałkami przy wtórze muzyki z lat 80-tych. Ruch staje się coraz bardziej dynamiczny i agresywny, rytm pulsuje silnymi uderzeniami. I dzieje się to, co od początku spektaklu było oczywiste – rozpoczyna się „łabędzi śpiew” skazańca – wyczerpany do cna odchodzi, a jakże, w rozświetlone zaświaty. Zwyciężył?
Zakończenie nader proste, razić może banalnością. Z drugiej jednak strony najbardziej przemawia za tym spektaklem to, co najprostsze – chwile bezruchu, brak scenografii, niewyszukana gra światła. Całość niestety nie porywa, nie wzbudza emocji, jakich można by się spodziewać. Przesadne gesty odpychają. Muzyka Philipa Chambona, która szybko straciła na aktualności, o ile ją posiadała w latach 80-tych, zupełnie nie przekonuje. Zresztą, sztuka, która nosi znamiona sztuki z tezą, sama w sobie zawiera dla mnie coś odpychającego. Jeżeli jednak wziąć pod uwagę fakt, jak często prześladowania ze strony autorytarnej władzy wobec obywateli nie wychodzą na jaw – cóż, może trzeba je wytańczyć?
Agnieszka Goławska
_________________ samo da igramo
|